Marcin Firmuga·2026-09-29·~4 min czytania

Sklep, którego już nie ma

Wpis „Czternaście miesięcy" zaczyna się w czerwcu 2025, kiedy siadam wieczorami do monitora systemu na laptopie z 2014 roku. To prawda, ale nie jest to początek. Trzy albo cztery miesiące wcześniej robiłem coś zupełnie innego i nigdy o tym tutaj nie napisałem, bo nie wyszło.

Nazywało się HuckHub i miało być sklepem internetowym.

Po co ten wpis. Ta strona ma jedną zasadę: każda liczba jest odczytana ze źródła, a nie z pamięci. Przez rok brakowało tu rozdziału, przez co moja własna oś czasu zaczynała się w miejscu, które nie było początkiem. To jest ten brakujący kawałek, razem z tym, czego nie potrafię udokumentować.

Sklep, który miał mieć bardzo mało rzeczy

HuckHub nie miał być kolejnym miejscem z tysiącem produktów. Miał mieć ich bardzo mało, i to był cały pomysł. Zanim cokolwiek trafiłoby na stronę, musiało przejść przez sito. Sprawdzić, czy to naprawdę działa. Sprawdzić, czy da się to komuś polecić z czystym sumieniem. Dopiero potem publikować.

Powstało do tego mnóstwo grafik i jeszcze więcej planów. Tego akurat było najwięcej: planów.

Dlaczego przestałem

Zrozumiałem dość szybko jedną rzecz o sobie: marketingowa nawijka nie jest dla mnie. Pisanie tekstów, które mają kogoś do czegoś przekonać, męczyło mnie bardziej niż cokolwiek innego w tym projekcie, i wychodziło mi źle, bo sam sobie nie wierzyłem.

To, co chciałem robić naprawdę, wyglądało inaczej. Zbudować narzędzie, które rozwiązuje konkretny problem konkretnej osoby. Oddać je za darmo. Sprawdzić się na czymś, co da się zmierzyć. I opowiadać o tym uczciwie, zamiast reklamować.

Sklep umarł na tej myśli, nie na braku czasu. Trzynaście projektów wcześniej kończyło się gdzieś między siedemdziesiątym a osiemdziesiątym piątym procentem, w tej wygodnej strefie, w której coś działa na Twojej maszynie. Ten skończył się dlatego, że w trakcie zrozumiałem, że robię nie tę rzecz.

Co po nim zostało

Po sklepie nie ma żadnego publicznego śladu. Zostały dwie rzeczy i obie są dziś ważniejsze od niego.

Pierwsza: zacząłem pisać publicznie. Pierwsze teksty poszły na LinkedIna i były pisane właściwie do nikogo, bo nie miałem wtedy ani produktu, ani strony, ani czytelników. Pisanie zaczęło się przed aplikacją, a nie po niej.

Druga jest mniej oczywista i zauważyłem ją dopiero po roku. Sito zostało. Pomysł, żeby niczego nie polecać, zanim się tego nie sprawdzi, przeszedł ze sklepu prosto do programu: dziś jest to baza 340 wpisów o zgodności podzespołów i zasada, że żadnej specyfikacji się nie zgaduje. Sklep zniknął, a jego jedyna dobra część została.

Przerwa w kodzie, która nie była przerwą w pracy

Przez pewien okres, do trzech tygodni, jeździłem jako kierowca międzynarodowy. Miałem przy sobie telefon i nic więcej. Do kodu nie usiadłem ani razu.

Widać to w publicznym changelogu i nie zamierzam tego ukrywać: między wersją 1.6.8 z 17 lutego 2026 a 1.7.1 z 10 kwietnia 2026 jest pięćdziesiąt dwa dni bez żadnego wydania. To najdłuższa dziura w całej historii tego programu.

W tych dniach planowałem, pisałem i prowadziłem wszystko, co da się prowadzić z telefonu w kabinie. Nie mam na to commitów, bo commit powstaje przy klawiaturze. Nie twierdzę, że nie było przerwy. Twierdzę, że przerwa była w kodzie, a nie w robocie, i to jest rozróżnienie, którego changelog nie potrafi zapisać.

Co z tego da się sprawdzić

Wszystko poniżej zostało odczytane ze źródła w dniu publikacji tego wpisu.

Dlaczego w ogóle o tym piszę

Bo przez rok na pytanie „od kiedy to robisz" odpowiadałem z pamięci, a pamięć liczyła raz od pierwszego commita, raz od pierwszego pomysłu. Obie odpowiedzi były w jakimś sensie prawdziwe i żadnej nie dało się sprawdzić.

Teraz jest tak: kod zaczął się w czerwcu 2025, a cała reszta trzy albo cztery miesiące wcześniej, od sklepu, który nie wypalił. To jest pełna wersja i jedyna, przy której zostanę.

Dalej: Czternaście miesięcy, cztery prace, jedna aplikacja - pełna oś czasu miesiąc po miesiącu, z datami i kosztami.